płyny technologiczne -
bardziej jak splunięcie niż słowo — niepohamowana pielęgniarka wychodzi. Doktor Delfie przez chwilę odprowadza ją wzrokiem; potem jej ręce energicznie wędrują na biodra i odwraca się gwałtownie. Przypatruje się swemu nieprzytomnemu pacjentowi. Kolejny czyn jest bardzo niemedyczny. Prawa pięta wykonuje szybki ruch do tyłu i wymierza leżącemu ciału celne i mocne uderzenie w bok z siłą i precyzją, które zdają się sugerować, że mogłaby być równie dobrym piłkarzem jak bokserem. Skutek tego ozdrowieńczego kopniaka jest natychmiastowy. Miles Green gwałtownie siada, trzymając się za obolałe miejsce, przy czym wcale nie wygląda na
kogoś, kto właśnie ocknął się z omdlenia.
— To bolało.
— Miało boleć. To była podła i nikczemna sztuczka.
— Mnie wydała się raczej śmieszna.
Ona gniewnie wyciąga palec.
— Dzwoniłam po siostrę Cory.
Jego twarz przyjmuje łagodnie ironiczny wyraz zdziwienia.
— Sądziłem, że siostra oddziałowa była twoim pomysłem. — Doktor Delfie wbija w niego wzrok; potem jej pięta wykonuje kolejny ruch, a on staje się ofiarą jeszcze gwałtowniejszego kopniaka. Tym razem udaje mu się jednak odparować cios. Chrząka i rzuca jej rozbrajająco pojednawczy uśmiech. — Ot, takie luźne skojarzenie.
— Nieprawda! Ona była starannie dopracowana. Trzymałeś ją w
rękawie od samego początku, w swój zwykły... to była rozmyślna próba zmylenia mnie.
— Dałaś sobie zupełnie dobrze radę. — Uśmiecha się, lecz ona pozostaje poważna.
— I do tego siostra. Nie myśl, że nie zauważyłam.
— Czego?
— Mojej wrednej prawdziwej siostry.
— Czysty zbieg okoliczności.
— Przestań wreszcie traktować mnie jak kretynkę! Okulary ani przez moment mnie nie zwiodły. Poznałabym te ohydne rybiozielone oczy na kilometr. Nie mówiąc już o jej świętoszkowatości. Wszędzie węszy jakieś brudy, coś co jej samej wydaje się brudem. Mówi, że to moralny nakaz, jej dług wobec historii. Lubieżna stara płyny
technologiczne maciora.
— Szczerze mówiąc, miałem coś innego na myśli.
— A co do tego infantylnego i całkowicie niezasłużonego świńskiego kawału z moim obnażaniem się przed... nie chodzi o to, że jesteś pozbawiony gustu, całkowicie nie zdajesz sobie sprawy z tego, jakim jesteś szczęściarzem, że możesz choć na mnie spojrzeć, nie mówiąc o tym, że możesz mnie dotknąć, a jeśli chodzi o... to beznadziejne. Poddaję się. — Natychmiast ciągnie dalej. — Kiedy pomyślę o tych wszystkich godzinach, które ja... i na coś, co jest... muszę być chyba nienormalna. — On otwiera usta, by
coś powiedzieć, lecz ona nie dopuszcza go do głosu. — To mogło skończyć się pięknym happy endem dwadzieścia minut temu. — On ostrożnie unosi rękę do szczęki. — Przed tym. Kiedy chciałam usiąść ci na kolanach.
— Chodziło ci tylko o to, by pokazać, kto tu rządzi.
— Gdybyś nie był tak kompletnie głuchy na subtelności języka, zauważyłbyś, że użyłam tego niewątpliwie oklepanego i sentymentalnego, choć w tym kontekście w oczywisty sposób istotnego znaczeniowo, przynajmniej w wyrobionych językowo kręgach, do których oboje rzekomo należymy, wyrażenia “pocałować i przytulić".
— Zauważyłem.
— Kiedy kobieta to mówi,
naprawdę mówi to z czułością. — Wpatruje się w niego posępnie. — Obawiam się, że nie byłbyś w stanie rozpoznać gałązki oliwnej, nawet gdybyś siedział w oliwnym gaju.
On rozciąga się na różowym dywanie z rękami pod głową i patrzy na nią.
— Twoje interesujące poszukiwania stylistyczne całkowicie pomijają fakt, że celowo wybrałaś taki moment, kiedy wiedziałaś, że będę ci musiał odmówić.
— Zupełnie się z tobą nie zgadzam. Po prostu był to moment, kiedy twoja wyobraźnia musiałaby wykonać niewielką woltę.
— Przez obręcz, którą ty trzymasz. Podchodzi o krok, składa ręce na fartuchu i
-
|