coaching szkolenia -
sobą na tereny na północ od rzeki Camaar smutną instytucję niewolnictwa, a niewolnik, który mieszka w pobliżu lasu, ma łatwą drogę ucieczki. W lesie byłemu niewolnikowi pozostaje jednak tylko jedno zajęcie - zbójnictwo, podróżni zaś stanowią jego naturalne ofiary.
Tych dwóch, których spotkałam na błotnistej leśnej drodze do Muros pewnego późnego popołudnia, było wynędzniałych, zarośniętych i na wpół pijanych. Wyszli z krzaków rosnących wzdłuż drogi, wymachując zardzewiałymi rzeźnickimi nożami.
- Ja obstaję przy koniu, Ferdish - powiedział jeden.
- Uczciwie, Selt - odparł Ferdish, drapiąc się zapamiętale pod pachą i łypiąc na mnie pożądliwie.
- A ja obstaję przy kobiecie, jak wiesz.
- Jak zawsze - zauważył Selt. - Umiesz się poznać na kobietach.
Oczywiście mogłam zrobić całą masę rzeczy, ale tak naprawdę nie dbałam o ich dobre wychowanie. Pomyślałam jednak, że odrobina nauki im nie zawadzi. Poza tym chciałam coś sprawdzić, przekonać się, czy to naprawdę działa.
- A zatem wszystko ustalone, panowie? - zapytałam niedbałym tonem.
- Wszystko ustalone, kochaneczko. - Ferdish uśmiechnął się głupio. - Bądź więc tak dobra i zsiądź z konia, aby Selt mógł wypróbować swego nowego wierzchowca, podczas gdy ja i ty trochę
się zabawimy.
- Jesteście pewni, że tego właśnie chcecie?
- To właśnie dostaniemy, kochaneczko - roześmiał się ochry-Ple Selt.
- Och, to dobrze - powiedziałam. - Moja bestia i ja jesteśmy głodne, zastanawiałyśmy się właśnie, co zjemy na kolację. Para obszarpańców gapiła się na mnie całkowicie zdezorientowanym wzrokiem.
- Chciałabym podziękować wam, że pojawiliście się właśnie wtedy, gdy kiszki zaczęły nam grać marsza. - Przyjrzałam im się krytycznie. - Trochę za kościści - zauważyłam - ale podróżni powinni być przyzwyczajeni do skromnych racji.
Uwolniłam powoli swą Wolę, by dać im okazję do nacieszenia się coaching
szkolenia przemianą, jaka dokona się na ich oczach. Baron, który spokojni skubał kępkę trawy na poboczu drogi, podniósł łeb, a jego szyja zaczęła się wydłużać. Niespiesznie uczyniłam z niego smoka - wiecie łuski, szpony, skrzydła... Moja własna przemiana była równie powolna. Ramiona mi się wydłużyły, kły zaczęły wysuwać się spomiędzy warg, a twarz przybrała wygląd oblicza eldraka. Para obdartych rzezimieszków zastygła w przerażeniu, gapiąc się na potwornego ogra o płonących oczach i szponiastych rękach, dosiadającego smoka.
- Czas karmienia, Baronie! - warknęłam ochryple. - Jak myślisz? zabijemy ich czy zjemy żywcem?
Ferdish i
Selt zastygli w przerażeniu.
Wtem Baron beknął i z jego paszczy wydobył się wielki obłok dymiącego ognia.
- Czemu o tym nie pomyślałam! - ryknęłam. - Cóż za wspaniały pomysł, Baronie. Dalej, podpiecz ich trochę przed zjedzeniem. Wieczór już, lepiej nam się będzie spało z ciepłą strawą w brzuchach.
Ferdish i Selt musieli sobie nagle przypomnieć o pilnych zajęciach, ponieważ uciekli bez pożegnania. Sporo przy tym było krzyków, przepychanek i szamotaniny.
A my z Baronem ruszyliśmy w dalszą powolną wędrówkę przez wilgotną, ponurą puszczę.
Och, nie bądźcie tacy naiwni. Oczywiście, tak naprawdę nie zmieniłam Barona i
siebie w potworów. Ferdish i Selt nie byli warci takiego zachodu, a złudzenie jest najczęściej równie skuteczne jak rzeczywistość. Poza tym, jeśli mam być absolutnie szczera, w owych czasach nie miałam najmniejszego pojęcia, jak naprawdę wygląda smok czy ogr, więc improwizowałam. Dotarliśmy do Muros następnego dnia i tam odnowiłam zapasy Następnego ranka o świcie ruszyliśmy w kierunku gór Sendarii. Jeśli rzeczywiście tęsknicie za samotnością na łonie natury, polecam góry. W górach spływa na mnie spokój, jakiego nie można doświadczać gdzieś indziej. Marudziłam po drodze, często rozbijając obóz dużo wcześniej niż tobyło
-
|